Blindness

8 marca 2009 | 3 komentarze

Ślepe zapatrywanie się na schematy, wtórowanie autorytetom moralnym tylko dlatego, że są autorytetami, jest amoralne.

Każdy problem jest jak moneta - ma dwie strony. Zawsze istnieją alternatywy, różne rozwiązania, odmienne poglądy. Esencją "moralności" jest więc umiejętność spojrzenia na ową sprawę z wszystkich stron, zdolność do przeanalizowania jej z różnych punktów widzenia i wysnucia wniosków, które przyniosłyby najbardziej pozytywny (w sensie - nie krzywdzący drugiego człowieka) efekt.

Od jakiegoś czasu jednak, coraz częściej widzę, że moralność mylona jest z indoktrynacją. Szersze i szersze masy zapominają o obiektywizmie, pomijają swoje wnioski i wrażenia, a ich miejsce pozwalają zająć autorytetom. Zgubnie.

Dosyć głośno jest o aborcji i o tym, że my - jako ludzie - nie mamy prawa decydować od którego momentu bezkształtny, różowy glut w macicy jest naszym ludzkim pobratymcem (jak nie mamy go my, to kto ma?).

I do głosu dochodzą autorytety. Kościół, papież, biblia. Bo najlepiej by było, gdyby nasz kawał mięcha posiadał prawa obywatelskie od momentu poczęcia, wszakże ważniejszy jest jego pusty los, niż np. dziewięcioletniej dziewczynki, w której drogach rodnych się znalazł wynikiem gwałtu.

Kontynuując wszechzacny pomysł nadawania embrionom praw obywatelskich: Co, kiedy w macicy rozwiną się dwa bliźniacze płody, a w konsekwencji różnych wydarzeń, jednemu z nich przypadkiem zachce się wchłonąć drugiego? Morderstwo w afekcie? Wszakże mamy i dowody i motyw, wysoki sędzio. Powinniśmy rzucić tę czerwoną fasolkę do lochu, nich sczeźnie!

Brnijmy w durnotę, paprajmy się w syfie nieprzemyślanych, autorytecich decyzji. Najlepiej zamknijmy oczy, a na uszy załóżmy słuchawki, z których bezpośrednio docierać będą do nas informacjie o tym jak się zachowywać, co robić, jak myśleć. Tylko nie nazywajmy tej mechanizacji, ubezwłasnowolnienia człowieka "moralnością". Bo nie ma z nią nic wspólnego.

Obrazek z nagłówka dzięki uprzejmości Gwendollynne.

[czytaj więcej...]

Ewolucja

22 lutego 2009 | 4 komentarze

Z czym kojarzy wam się Nokia? Tak, z haniebnymi telefonami komórkowymi! Warto jednak wiedzieć, że nie zawsze zajmowała się ich produkcją.

Za króla Mieszka, kiedy po Ziemi chodziły jeszcze mamuty, fiński producent zajmował się dystrybucją wysokiej klasy obuwia.

Próbowaliście kiedyś wyjść w Nokiach N95 na nogach na śnieg? Ich hydrorezystencja jest zerowa, miałem mokre całe skarpety! Skandal, hańba i profanacja. Za co my płacimy!?


Aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno zamiast bezużytecznych telefonów komórkowych, z fabryk Nokii wyskakiwały takie oto zacne gumiaki z certyfikatem Polskiego Instytutu Matki i Dziecka.


Czyż to nie doskonały przykład stoczenia się na dno? Jestem zdania, że Nokia powinna zaprzestać produkcji kiczowatych cellphone'ów, które miernotą wykonania powoli zaczynają prześcigać swoje własne podróby i powrócić do obuwia specjalistycznego. A wy, co myślicie?

Za foty modlić się do sir Krzeczkova.

[czytaj więcej...]

Tak, staczam się. Jestem powtarzalny, przewidywalny, nudny i mało oryginalny. Jadę sztampą, walę starymi ludźmi i cuchnę zgniłym jajem. Dokładnie.

Ciekawe zjawisko. Kiedy już zdarzy mi się niefortunnie spłodzić jakiś dłuższy felieton, z reguły z wszystkich stron dobija się do mnie krytyka. Wredota krzyczy mi prosto do ucha, że moje nowe dziecko prezentuje jakość wielokrotnie gorszą, niż każdy inny wcześniejszy tekst mego pióra (może lepiej byłoby powiedzieć: klawiatury?).

Słyszę, że lepiej pisałem za czasów, kiedy po ziemi chodziły dinozaury, ziemia była płaska, a mój sławny przodek Uga-buga szamał mózgi zmarłych pobratymców celem uczczenia ich pamięci. A dzisiaj jestem już mało odkrywczy i rzucam oklepanymi tematami. Słyszę to, bo akurat wstrzeliłem się w temat, który wszystkowiedzącemu czytelnikowi wydaje się czymś "normalnym", a tym samym "nie wartym wzmianki".

Moi drodzy... To, co dla jednych jest oczywiste, dla innych jest czymś zupełnie niezrozumiałym. Coś, co dla sir Kowalskiego jest naturalne, frau Nowakową napawa wstrętem. Ludzie są różni, a żaden z nich nie jest w stanie ogarnąć rozumem całego wszechświata.

Pisząc na blogu komentuję zjawiska, które rzucają mi się w oczy. Mi! Mi! To - szanowny czytelniku - że Ty zdołałeś przywyknąć już do jakichś kurioziów, nie oznacza, że ja również musiałem. Ba, być może o wielu rzeczach, które są Twoją codziennością, ja wciąż nie wiem. I możesz być pewien, że jeżeli mnie kiedyś walną w percepcję, poruszając przy okazji mój wewnątrzmózgowy generator weny, napiszę o nich.

Pozwólcie mi dzielić się z Wami tym, co uznaję za warte podzielenia się. Jeżeli to "coś" było dla Was oczywiste już w okresie grecji klasycznej - luzik. Cieszę się, że mam czytelników o tak szerokich horyzontach. Ale, na miłość Latającego Potwora Spaghetti, nie odmawiajcie innym prawa do zapoznania się z tym czymś! Z tą opinią, z tym tematem, z tym zjawiskiem!

Za obrazek z nagłówka podziękujcie pani echo2me.

[czytaj więcej...]

Bezwartościowo

23 stycznia 2009 | 4 komentarze

Znamienne, jak szybko nawet najdosadniejsze w wydźwięku słowa szybko tracą na znaczeniu zaprzęgnięte do reklamowego kuligu.

Z wszystkich stron atakują nas doniesienia o "rewolucyjności", "nieskazitelności" kolejnych i kolejnych - reklamowanych - produktów. Peerowcy topią nas w zalewie gwarancji - czy to "świeżości", czy ciężkiej do zdefiniowania "najwyższej jakości". Czy zdają sobie sprawę z tego, że przezajebistość określanego przez nich tym mianem tworu traci na znaczeniu, kiedy znajdzie się on już na sklepowej półce, pośród tłumu produktów równie przezajebistych?

Szastanie na lewo i prawo wyrazami, które powinny określać jedynie skrajności, nie dość, że przynosi efekt zupełnie odwrotny niż ten, którego oczekują reklamodawcy, dodatkowo rodzi wiele odczuwalnych problemów językowych. Jak nazwać coś, co faktycznie jest rewolucyjne, podczas gdy słowo to, przemielone na drobne przez proszki do prania i ketchupy, nie ma już praktycznie żadnej wagi?



Ludzie coraz częściej w podobnych sytuacjach uciekają się do przekleństw. Nie powiedzą już "świetne", czy "zaskakująco dobre" - bo takie są przecież już przeciętne produkty. Jak długo będziemy czekać na chwilę, kiedy z wirtyn w gały walić nas będą "w chuj wyjebiste promocje" i "kurewsko dobre mydła"? Wszakże już niedługo inne określenia przestaną na potencjalnym kliencie robić jakiekolwiek wrażenie...

Za foto z nagłówka dziękujemy panu JustInArtanisowi.

[czytaj więcej...]

(Nie)wyspanie

29 grudnia 2008 | 2 komentarze

Siedzę sobie i stukam w klawisze. O nietuzinkowej porze. Gdyby na zegarze widniała jakakolwiek inna godzina, zapewne zajmowałbym się czymś ambitniejszym. Niestety, mimo żem trzeźwy i przytomny, niczego innego robić nie mogę. Bo wszyscy śpią.

Ludzki zegar biologiczny działa prościej, niż mogłoby się wydawać. Nie zna ani pór doby, ani pojęcia "godziny". Ot - kiedy mózg zaczyna wołać o odpoczynek, kładziemy się lulu, po to, żeby wstawszy po około 450 minutach snu, być w pełni rześcy i gotowi do podjęcia nowych wyzwań.

Nie ma tutaj żadnej reguły, mówiącej, że najlepiej kłaść się spać o dwudziestej-czwartej, a budzić o dziewiątej. Badania statystyczne, które rzekomo miały taki stan rzeczy potwierdzić, z góry można uznać za źródła niepewne, a ich wyniki za wypaczone. Z tej prostej przyczyny, że grupa kontrolna miała w zwyczaju odchodzić w kimę o godzinie tej-i-tej, a następnie budzić o tamtej-i-siamtej.

To, jak w rzeczywistości działa "na dziko" wbudowany w nasze skromne móżdżki system snu-i-jawy, sprawdziłem doświadczalnie. Być może moja tendencja do prowadzenia eksperymentów na sobie zahacza o masochizm, lecz to nie temat na to ;).

Przez około tydzień - korzystając z wolnego - kompletnie rozregulowałem swoją dobę. Kładłem się spać w najmniej spodziewanych momentach, pozostawiając budzik ustawiony tak, aby wyrwał mnie z objęć Morfeusza po sześciu godzinach od momentu zapadnięcia w kimę. Już po trzech dniach rezygnacji ze sztywnych godzin snu, zacząłem czuć się... rewelacyjnie! Ani razu nie byłem niewyspany, ani razu nie miałem problemów z zaśnięciem, a do tego nie marnowałem bez potrzeby czasu na kimę.

Kładłem się do łóżka wtedy kiedy mi się podobało, budziłem kiedy tylko się wyspałem. Jeśli miałem fajny sen - pozwalałem sobie na dłuższą drzemkę (co jednoznacznie przekładało się na to, że następnego dnia krócej spałem!).

Niestety, długo nie mogłem funkcjonować w ten sposób. Coraz częściej czas mojej aktywności zaczął przypadać na godziny nocne, kiedy to znakomita większość społeczeństwa spędza czas na spaniu, a sklepy są pozamykane. Nie wypadało budzić współlokatorów przyrządzając sobie coś do szamania. Nie wypadało słuchać muzyki. Po prostu nie-wy-pa-da-ło.

Powróciłem więc do "normalnego" spania w nocy, a działania w dzień. Powróciłem do dziesięciogodzinnych sesji snu, po których i tak jestem zmęczony. W dzisiejszych czasach ciężko żyć zgodnie z naturą. Kto by się spodziewał, że nocne polowania dzikich kotów, które syntetycznie ustaliły cykl aktywności naszych praprzodków, odbijać się będą nam czkawką w dobie cywilizacji technicznej.

I kto by pomyślał, że ludzkość tak idiotyczny podział doby uważać będzie za coś normalnego...

Za obrazek z nagłówka podziękowania należą się imć Javs'owi.

[czytaj więcej...]